Na ulicy, prawie przed bramą, zobaczył mecenasa. Błysnęła mu myśl jakaś, bo się uśmiechnął i przystąpił serdecznie do starego.

— Dzień dobry szanownemu mecenasowi.

— Dzień dobry, jakże zdrowie, hę?

— Dziękuję, ja bo zdrów jestem zupełnie, tylko panna Orłowska. Właśnie prosiła mnie dyrektorowa, aby w jej imieniu dowiedzieć się o chorą...

— Co? panna Janina chora! Mówili mi za kulisami, ale nie wierzyłem, myślałem...

— Chora, właśnie biegnę po lekarstwo.

— To niebezpiecznie?

— O nie; ale chce się pan mecenas naocznie przekonać.

Mecenas poruszył się gwałtownie, ale rzekł skromnie, poprawiając binokli.

— Doprawdy chciałbym, chciałem już nieraz, ale ona taka nieprzystępna.