— Proszę, wyjdź pan — wołała, trzęsąc się z gniewu.

— Komedyantka! Komedyantka, słowo honoru daję — szeptał, kładąc pospiesznie palto, bo był zirytowany i obrażony. Zatrzasnął drzwi za sobą ze złością.

— A nędznik, a!... i ja należałam do takiego człowieka, ja!... ach!... Szakale nie ludzie, szakale! Nie można tknąć się niczego, bo wszędzie błoto.

I tak się w niej spotęgowało to oburzenie, że krzyczała prawie głośno, przez łzy:

— Podli! podli! podli!

Wkrótce przyszedł Władek; przyniósł puder, butelkę wódki i przekąski w papierze. Patrzył się na nią i rozglądał po pokoju.

— Był tutaj mecenas! — rzuciła mu szorstko.

Aktor cynicznie się roześmiał i zawołał knajpiarskim żargonem:

— Skantowałem go. Urządzimy sobie małą frajdkę.

Chciała mu rzucić w twarz tę jego podłość, ale błyskawicznie zadźwięczały w jej ustach słowa: