— Szalkowscy przyjdą? — zapytał Jańcio, ziewając przeciągle.
— O, masz ich, idą już i kłócą się jak zwykle! — zawołał, patrząc w okno, obok którego mignęli jacyś ludzie głośno rozmawiający.
— Prędzej! prędzej! I zamykajcie te drzwi piekielne! — zakrzyczał Kos, wpuścił Szalkowskich, drzwi zatrzasnął i próbował je nawet zamknąć na klucz.
— Czy przez to ma być cieplej? — zaśmiała się Lili.
Kos puścił drzwi i znowu przywarł do pieca, a przypatrywał się Szalkowskiej, która sztywno i ozięble witała się ze wszystkimi, pomijając tylko ostentacyjnie Gałkowską, umyślnie odwróconą do okna.
— Bardzo zimno! — odezwała się Szalkowska, odwiązując woalkę.
— Tak, chciałem właśnie powiedzieć, że jest bardzo zimno — szepnął śpiesznie Szalkowski, zacierając ręce i odbierając od żony woalkę, boa z szarych, brudnych piór i ceratowy, płaski kapelusz; ułożył to wszystko bardzo starannie na łóżku.
— Czy to jest najświeższa wiadomość z ulicy? — szepnął ironicznie Kos.
Szalkowska odwróciła się od niego pogardliwie i w małym lusterku zaczęła wycierać twarz, poprawiać włosy i delikatnie obmacywała mocno wypukłe, silnie ukarminowane usta.
— Todziu! Pudru zapomniałam! — odezwała się do męża.