Dziedzic przysuwał im różne wiejskie specjały, przepił do nich wódką i rzekł:

— Zaraz wrócę! Spytam się żony, czy będziemy mieli we czwartek czas.

— Co pan wygadujesz! Ja się spalę ze wstydu! Po co ta blaga! — szeptał cicho Zakrzewski po wyjściu dziedzica.

— Boś pan zielony frajer! W inny sposób bym go nie „skantował”. Jakbym go nie wziął pod żebro, toby przez jakiego Maćka powiedział, że nie ma go w domu! Już ja ich znam; pozwól mi pan działać — odpowiadał najspokojniej i z wielkim apetytem zajadając.

— Dziwię się, że nas jeszcze za drzwi nie wyrzucił.

— Bo głupi. Ale o wyrzuceniu nie mów pan w złą godzinę, bo może to nas spotkać gdzie indziej.

— Proszę o sześć biletów w pierwszym rzędzie — odezwał się dziedzic, wchodząc i podając papierek dziesięciorublowy.

Korczewski z pośpiechem pieniądze wziął, bilety dał i dziękował.

— Uniżenie dziękuję! Serdecznie jesteśmy wdzięczni za poparcie naszego teatru i za naddatek! Mój Boże, żeby tak wszyscy rozumieli sztukę i jej posłannictwo, jak szanowny pan dobrodziej, to jej kapłani nie chodziliby w podartych butach! Bardzo dziękujemy za prawdziwie polską gościnność! Chodźmy, kolego, bo furman zmarznie nam. Polecamy się pamięci. Pani dobrodziejce całujemy rączki, panienkom nasze uszanowanie!

Wyszli. Zakrzewski z werandy obejrzał się, szlachcic stał w tej samej zdumionej postawie, z biletami w garści.