Sercami zatargał nagły ból, wyciskając z oczów łzy gorzkich wspomnień.
— Prawdę im rzekłem: zołzowaty19 i ma grudę20. Nie uwierzyły! Juści, na oko koń jak malowany, rosły i chody miał cuganta21. Po dworskich, to i nie dziwota. Do nóg się pokłoniłem. Nie gubcie, powiadam, toć nasz żywiciel. Dziesięć morgów pola, sześcioro narodu i z wiosną za pasem, powiadam. Jakże se poradzimy sieroty bez konia, jak! — powiadam. Poświargotały22 i wzieni23. — powtarzał może już po raz tysiączny. Ta chwila utraty konia stała mu wciąż w pamięci; była to niezagojona rana, przez którą uciekało jego życie. — Taki koń! Jacek dawał mi za niego parę kasztanów, a nie chciałem bez dopłaty.
— I do figlów był skory! Pamiętacie, jak to łoni24 pierzynę z płota ściągnął i latał z nią po sadzie, a odebrać sobie nie dawał — rozrzewniała się dziewczyna.
— I na gwizdanie przylatywał jak piesek — wspomniał chłopak.
— Był, był, a teraz i łajna po nim nie stało. A żebyśta ścierwy! Wio! Wio!
Krowa się naraz25 przewróciła, kobiety uderzyły w płacz, skoczyli na ratunek, na szczęście nic się jej nie stało i dala się podnieść na nogi.
— Granula! Loboga! Granula! — lamentowała kobieta, obcierając ją z błota i głaszcząc, jak dziecko najmilsze. — Jeszcze gotowa zgubić tę ostatnią kapkę mleka.
— I tak źremy, że świnie nie tknęłyby naszego jadła!
— Zła bydlakowi marchew, to niech idzie w chrzan!
— Dam ja ci lepiej źreć, poczekaj! — wrzasnął chłop, zacinając batem synowskie portki.