— Co?... — zawołał prędko kapitan, odwracając się do niego.
— Powiedziałem: psiakrew, panie kapitanie.
— Co! A, psiakrew!
Pan kapitan popatrzył w okno, splunął i zaczął się myć.
— Gorzałki się napijesz? Hej! Magdusia, a daj no gorzałki!
Weszła zaraz Magdusia, baba jak stóg siana, a ciężka jak furgon34 artyleryjski, bo aż się podłoga uginała pod nią, odmierzyła z flaszki potężny kielich gorzałki i postawiła przed panem Pliszką.
Wypił, zasalutował i chciał całować w kapitański łokieć.
— Stać w szeregu! Cicho! — krzyknął srogo pan kapitan.
Stał pan Pliszka, jak mu kazano, przez chwilę, przez krótką chwilę, bo nagle zasalutował, odwrócił się po żołniersku i wyszedł, nie mówiąc ani słowa, nie słuchając kapitańskiego wołania. Ot, coś go szarpnęło i wyrzuciło za drzwi, nie wiedział, co to było, ale był posłusznym i wyszedł śpiesznie, jakby znowu uciekał. Na Piotrkowskiej zwolnił kroku, bo zabolała go noga. Uderzył się laską po szczudle, zniecierpliwiony był i zły.
— Po co oni pojechali? — Przyszło mu znowu to samo pytanie na myśl.