Obejrzał się, w deszczowych mgłach już się jarzyły elektryczne słońca i wykwitały nad miastem.
— Jezusie najsłodszy! Jezusie! — bełkotał przerażony.
Przyśpieszał kroku, chciał uciec, za wszelką cenę chciał uciec, ale te głosy biegły za nim, huczały w lesie, przedzierały się przez gęstwę drzew, przez mgły, przez oddalenie i znajdowały go, i biły w jego duszę, przenikały ją strachem, skowytem dzikim buntu i rozpaczy.
Naraz i potężny głos jego fabryki rozdarł bolesnym dźwiękiem powietrze, ach, tak znał ten głos, tak znał!
Stanął, przestał oddychać, przestał wiedzieć i pamiętać... a fabryka wołała go potężnym głosem gniewu:
— Wróć! wróć! wróć!
W pół godziny później stał znowu na swojej windzie.
— Winda, blich50!
— Winda, suszarnia!
— Winda, apretura!