— Dawno syn chory?
A matka na odpowiedź mówi całą historię choroby.
— Dwa lata, bracie, jak ino wrócił z Brazylei29, tak się położył i cherla30, i cherla, i nawet mi schnie. Coby to zwierz abo i człowiek stawał moi sierocie na drodze, nie dałabym, jeno jak te ręce słabe mam — zdusiłabym. A tu człowiek musi patrzeć, jak mi zamiera, i nic poradzić na to, nic! Tysiąc złotych kosztują dochtory i leki. Jeśli nas Najświętsza Panienka nie poratuje, to pomrzemy razem — bo nie zostanę sama, choćby nie wiem co, nie zostanę...
— Mamuś, ty na moim weselu będziesz tańcować jeszcze — szepcze chory i gładzi dużą spracowaną rękę matczyną z jakimś smutnym pocieszeniem.
— Ja nie dawałam iść do tej Brazylei, u proga się kładłam, jak suka skomlałam, a nie — zachciał i poszedł. Po co jemu, bracie? Onże profesję piękną ma, stolarzem jest, grunt jako i domek po ojcu tyż, i mnie tylko jedyną, i poszedł za morze jak Żyd albo niecnota jaka, co tutaj już ludziom w oczy spojrzeć nie spojrzy.
— Bracie, jakie ładne — mówi chory, pokazując rozrzucone po polach grusze osypane kwiatem.
— Napłakała ja się, napłakała. Rok tam był i wrócił. To ja, bracie, z tej uciechy dur31 miała w głowie, sprosiła sąsiadów, zabiła prosię, co mi trochę ssać nie chciało, ale wartało jeszcze ze trzy ruble, i wyprawiła bal, że to ha! Pamiętasz, Antoś?
— Pamiętam, mamo.
I znowu ten blady uśmiech miłości i anemii wykwitł na jego ustach, ale matka zmienia nagle tok rozmowy i krótko rzecze:
— Nie mówili jeszcze, Antoś, do twojego patrona.