— Zmarnuje się naród i tyla! — zajęczała jakaś stara.
— Stareście, a pomiarkowania nie macie! Dlaczego się ma zmarnować!
— A to w tyli świat iść, na niewiadome. Pedają, że tam mowy naszej nikt nie rozumie, że wiara insza, że gorąc taki, co garnek z kartoflami, aby ino w piach wrazić, to zaraz się ugotuje!... A na morzu, powiadają...
— Ale, nie wszystkie przecie idą za morze.
— Do Niemców na robotę idą.
— A bo to u nas roboty nie ma, co! Idą ino próżniaki a pijanice, a obieżyświaty, idą ano na rozpustę i zatracenie.
— Żebyście, Antoni, cepem tak bili mocno, jak ozorem, zaraz bym was najął do młocki, a dobrze zapłacił.
— Żebyś ino co miał młócić! Wio, gniada, wio! — zawołał stary, świsnął batem, ujął pług w ręce i pochylił się, i orał dalej.
— Ale, mają robotę, a gdzie? Może u chłopów? Każdy by dwa razy tyle zrobił, co robi, żeby tylko miał, nie potrza mu najemnika. Może we dworze? Adyć i tam robią, bo co mają biedaki robić! Robią i w kopaniu, to dobrze, jak dostaną pieniądze na Boże Narodzenie abo i na zwiesnę. A może do fabryków iść! na zmarnowanie! Naszemu człowiekowi potrzeba gruntu, dają im w Brazylii, to tam i idą... Żyją tam inne, to czemuby nie miał żyć nasz naród! A już jak iść na robotę, to przecież lepiej do Miemców jak do swoich! Zapłacą, uhonorują i jeszcze się tyli świat zobaczy.
— Prawda, prawda! — potwierdzili prawie jednogłośnie.