— Cicho gadziny, o! — wykrzykiwała raz w raz Tekla. A poza tym cicho było zupełnie w całej chałupie. Ogień trzaskał wesoło i głośno perkotała gotująca się w garnku woda.
— Kury88 pieją, niechybnie będzie odmiana! — mruknęła Tekla.
Jakoż istotnie koguty piały jeden po drugim na całej wsi.
Winciorkowa nie odezwała się, bo szła zajrzeć do alkierza, ale że jakieś trepy89 zadudniały90 na stwardniałym błocie przed chałupą, usiadła z powrotem. Z trzaskiem, w obłokach pary, wbiegła smagła, młoda dziewczyna, okryta na głowę91 w zapaskę92; pochwaliła Boga i przygrzewała ręce przy ogniu.
— Winciorkowo, a to pożyczcie namo93 bochenek chleba. Jutro pieczemy, to wam odniesę. Chłopaki jadą z drzewem do tartaku, a tu już ani skibki94 nie ma — gadała prędko.
— Które chłopaki jadą? — zapytała Tekla.
— A kto by! Walek i Michał!
— Ociec ostają?
— A juści, chciałoby mu się!... Pedają, co muszą iść do kancelarii... ale ino tak cyganią, bo im się chce pod pierzyną wylegiwać...
Przysiadła na trzonie komina, opuściła zapaskę na plecy i pytlowała95: