— Nie jest sprawiedliwie na świecie, nie. Po faryzejsku41 ino wszędy, a na urwisa, kto kogo przody42 przeprze43, kto kogo prędzy ocygani, kto kogo prędzy zakłyźni44. Nie tego Pan Jezus chciał na świecie, nie tego. Hale! Przyjdziesz do jakiego dworu i czapkę zdejmiesz, i śpiwasz, jaże45 gardziel pęka, i o Jezusie, i o Marii, i o wszystkich świętych, czekasz — nic; dołożysz parę pacierzy do Przemienienia Pańskiego46, czekasz — a oto ino pieski ochotnie piszczą do twoich torbów47 i dziewki gżą się za płotami; dodajesz jeszcze litanię — wynoszą ci dwa grosze abo spleśniałą kromkę chleba! Abyśta48, juchy49, poślepły i same jeszcze dziadów prosiły o wspomożenie. A to po takim modleniu to me50 samego gorzałka kosztuje więcej, coby se gardziel przepłukać!...
Splunął ze złości.
— A bo to drugim lepiej, co? — ciągnął znów po zażyciu tabaki. — Jantek Kulik, ano ten z Dębów... wzion dworskiego prosiaka... myślisz, że użył? A juści51... chudo jucha była kiej52 pies dworski... całą tłustość można było wytopić do kwarty53 gorzałki... To za to go wzieny i zasądziły na pół roku siedzieć... I za co? Za marnego prosiaka! Jakby to swyniak nie był też boskim stworzeniem... i jakby to jedni mieli mrzeć z głodu, kiej drugie mają wszyćkiego po grdykę... A przecież Pan Jezus powiedział: Co weźmie biedny, to jakbyś dał dla mnie samego. Amen! — Napijesz się, co?
— Bóg zapłać, kiej me już rozebrało zdziebko.
— Głupiś! I Pan Jezus pił na godach54. Pić, to nie grzech; grzech ino schlać się kiej swynia, nie wypić bożego daru do dna i siedzieć nie mówiący55, kiej dobrzy ludzie gadają...
— Przypijcie do mnie! — szepnął z determinacją.
Dziad przepił butelką, aż mu długo bulgotało w gardle, a podając Jaśkowi rzekł wesoło:
— Pij, sieroto! Na trzy rzeczy ino bacz: byś robił cały tydzień, pacierz mówił w niedzielę i dawał biednemu — a zbawienie duszne56 miał będziesz. Człowieku, mówię ci, nie możesz pić kusztyczkiem57, to napij się kwartą...
A potem zamilkli wszyscy.
Baba spała z głową zwisłą przy ogniu przygasłym, dziad wytrzeszczał zaszłe bielmem58 oczy na czerwone węgielki i raz po raz kiwał się zawzięcie; głosy i szepty w kącie pomilkły, tylko wiatr coraz silniej uderzał w szyby i wstrząsał drzwiami, a z alkierza zrywały się głosy śpiewów przepojonych jakby żalem i rozpaczą...