— Ty wiesz, któryś razem z nami wznosił świątynię...

— Tak, ale przejrzałem i wychodzę na światło.

— Runie, jeśli ją przestaniesz podtrzymywać.

— Niechaj runie wszystko, co samo nie stoi, czego nie wspiera potęga własnej treści. Byliście mi etapem w ciężkim pochodzie ku prawdzie. Jestem wam za to wdzięczny, ale muszę iść dalej koleją swego przeznaczenia.

— Pogardę czuję w tobie — szepnął ze smutkiem.

— Nie, mam tylko dosyć wirujących stołów, pukań, zagrobowych bełkotów i tego kręcenia się wśród kurzawy głupich faktów! Wasz spirytyzm jest tylko wulgarnym i dzikim fetyszyzmem sił przypadkowych i zjaw halucynacyjnych, jest wiarą ślepych i słabych. Stworzyliście kościół, w którym króluje medium, mniej lub więcej oszukujące; kościół, który nie wiedzie do niczego, nic nie rozjaśnia i nikogo nie zbawia!

— Zali nie byłeś jego apostołem? — jęknął Mr Smith.

— Wczoraj jest tylko cieniem na jaśni dzisiaj, marzącego o jutrze...

— Zali nie pracujemy dla jutra?

— Nie, świat gnije w zbrodni i hańbie, a wy żebrzecie o zmiłowanie u mar struchlałych i pragniecie cudów jedynie na karm114 dla rozgorączkowanych wyobraźni. Jutro, wytęsknione przez miliony, nie wstanie z tego, bo to tylko poniżający strach przed nieznanym. Nie zbawia się jękiem ni łzami... Zły świat należy zdruzgotać i rozwalić do fundamentów, aby nowy mógł powstać z ruin. A trzeba go stworzyć czynem, czynem woli, spotężnionej łaską. Kto jej nie osiągnie, nawozem jest tylko dla przyszłych pokoleń... Kto chce być, musi zabić własnego trupa; aby się mógł stać, musi zwalczyć życie i samego siebie. Nieśmiertelność płynie przez wszystko nieskończoną rzeką, ale nieśmiertelna jest tylko wola, prześwietlona łaską i powracającą tęsknie do Niego. Mówię za wiele i za mało równocześnie; daruj, streszczę się. Oto rozeszły się nasze drogi na krzyżowym rozstaju. Przy rozpiętym drzewie niechaj pozostaną trwożni i słabi, niechaj oczekują zmiłowania. My pójdziemy w otchłanie!