— Nie, nie mogę, nie... — bronił się zajadle, bo naraz zabrzmiało mu jakby tuż nad uszami: „Bądź bez trwogi, milcz”.
— Jeśli to tajemnica, nie żądam jej... Ale jeszcze ci raz powiem: strzeż się Daisy, ona stanie się twoim nieszczęściem — szepnął groźnie.
— To będzie, co przyjdzie... Niechaj się stanie, co się stać ma... Nie w mojej mocy odwrócić przeznaczone — odparł z nieoczekiwaną stanowczością.
— Daruj, ale musiałem spełnić swój przyjacielski obowiązek.
— Nie żal, ale wdzięczność mam tylko dla twoich ostrzeżeń.
— I niczego się nie lękasz? — zapytał jeszcze.
— Nie wiem; zdaje mi się, że zamarła we mnie sama możność obawy.
Joe uścisnął mu rękę i odszedł w milczeniu.
— Niechaj się stanie, co ma się stać — szepnął sam do siebie z jakąś cichą i zupełną determinacją.
Nie bronił się już i nie wydzierał przeznaczeniu. Poczuł nagle w głębiach swej istności — jakby w rdzeniu duszy — że musi być posłuszny; więc pochylił się kornie przed Nieznanym i czekał na wyrok bez drżenia.