„Tu sprzedają rosyjskie papierosy”. Przeczytał parę razy i pchnięty jakimś ciemnym odruchem wszedł do sklepu.
Stara Żydówka w peruce drzemała za bufetem. Gromada dzieci w łachmanach kłębiła się z piskiem na podłodze w bocznej izbie — niskiej i straszliwie brudnej. Klekotały maszyny i kilkunastu ludzi, kiwając się nad robotą, ciągnęło jakąś przesmutną pieśń.
Ale skoro wszedł, owionęło go tak przegniłe i jakby zropiałe powietrze, że ledwie zdołał wykrztusić jakieś słowo, na które Żydówka porwała się z miejsca. Maszyny przycichły i wszystkie oczy podniosły się na niego.
— Pan może z samej Warszawy? — spytała nieśmiało i jej wynędzniała twarz rozjaśniła się cichym rozradowaniem.
— Tak, tak! — odpowiadał, zmieszany ciżbą, jaką go zaraz otoczyli, i natarczywymi spojrzeniami.
Naraz wszyscy zaczęli mówić i pytać się jeden przez drugiego. Podniósł się niesłychany gwar. Ktoś mu podsunął stołek, ktoś trzymał jego kapelusz, ktoś podawał wodę, a ze wszystkich stron dotykały go delikatnie jakieś palce i zaczerwienione oczy wpijały się w niego z żarłocznością.
Odpowiadał machinalnie, gdyż gwałtowna fala przypomnień zalała mu duszę. Wołały w nim jakichś dawnych lat majaki, jakieś dnie przebrzmiałe zamigotały i jakieś bolesne widma chwil pomarłych, i echa dalekiej ojczyzny...
„Gdzie ja jestem? Co robią tutaj ci ludzie? Dlaczego?”, myślał, rozglądając się trwożnie dokoła, bo nędza, wyzierająca z każdego kąta, z każdej twarzy i z oczów każdych, odpowiadała mu wielkim głosem dlaczego i po co! Taka głęboka litość wtedy nim zatargała, że, przemógłszy obrzydzenie i wstręt do ich brudu i łachmanów, zawiązał z nimi dłuższą rozmowę. Nie skarżyli się, nie narzekali, nie złorzeczyli, ale każdy z nich w paru cichych i niezdarnie wypowiedzianych zdaniach rozsnuwał straszną litanię bólów, krzywd, poniżenia i niesprawiedliwości — całą gehennę wydziedziczonych. Słuchał jakby fantastycznej opowieści z tysiąca i jednej nocy, od której powstawały mu włosy i dusza kurczyła się z gorzkiego, palącego wstydu. Wiele razy chciał już uciekać, ale nie mógł się poruszyć z miejsca, obezwładniony zdumieniem i zgrozą. Pierwszy raz w życiu zajrzał na samo dno rzeczywistości, na samo dno człowieczej nędzy.
— Straszne! Straszne! — szeptał i, odwracając twarz od ich zaczerwienionych oczów, spostrzegł jakąś małą dziewczynę, skuloną pod stołem, która co chwila biła piąstkami lalkę, uwitą z gałganków, i coś do niej groźnie szeptała.
— Co ona tam robi?