Nie widział Ady już parę dni, gdyż od seansu prawie nie wychodził z domu. Czuł się bowiem źle; opanowały go jakieś niewytłumaczone niepokoje, bezprzedmiotowe marzenia, lenistwo i taki gwałtowny opad woli, że godzinami siedział w reading-roomie, zapatrzony bezmyślnie w ogień, głuchy i ślepy na wszystko. Od tego dnia również nie widział Daisy. Powiedziano mu, że słaba i nie wychodzi z mieszkania — poprzestał na tym. Jakaś zgniła apatia skrępowała go bezwładną obojętnością na wszystko i tak obmierziła życie, że nawet własne sprawy budziły w nim nudę i wstręt. Toteż szarpał się i burzył na konieczność, która go wlokła w ten straszny wieczór po zadeszczonym, opustoszałym mieście.
Medytował właśnie nad tym, gdy powóz zaturkotał przy nim i jakiś głos zawołał na niego po imieniu.
Daisy wyzierała przez opuszczoną szybę.
— Gdzie pana zawieźć? — pytała, robiąc mu miejsce przy sobie.
Rzucił stangretowi nazwę hotelu i wsiadł pośpiesznie.
— Wezwali mnie do rodziny, jakaś sprawa niecierpiąca zwłoki.
— Czy to ta śliczna dziewczynka i wspaniała pani, z którymi widziałam pana w Green Parku?
— Tak. Ale co się z panią działo od soboty?
— Byłam w stanie, w którym się nie wie nawet o sobie! To moja częsta niemoc, na którą nie ma lekarstwa — szeptała smutnie.
— A i mnie przez ten czas żarła nuda i apatia. Nie wychodziłem, nie widywałem się z nikim i nie pracowałem. Trwałem w bezwładzie, a drżałem wciąż z niepokoju, oczekując w każdej chwili jakiegoś nieszczęścia! Tak się muszą czuć drzewa przed uderzeniem piorunu! Ohydny stan!