— Gdyby można dostać konie, bo mi tak zimno — szepnęła nieśmiało.
— Na Waterloo35 będą, tam jest stacja!
— Ale pan wieczorem na obiad przyjdzie, prawda? — prosiła słodko.
Nie zdążył odpowiedzieć, cofając się naraz gwałtownie, bo jakby spod ziemi, tuż przed nimi, twarzą w twarz, wychyliła się z mgieł Miss Daisy z jakimś wysokim człowiekiem, tak że nim zdążył się ukłonić, już przeszli.
Obejrzał się trwożnie, ale tylko niewyraźny zarys majaczył i odgłos kroków rozlegał się głucho.
— Pan ją zna? — zapytała ściszonym i nieco drżącym głosem.
Nie od razu odpowiedział. Zapatrzył się w zapaloną właśnie latarnię, w rozedrgane kolisko czerwonawego światła, obrzeżonego zielonawą obręczą i gęstym, ruchomym kołem mgieł, tak że płomień był zaledwie punktem dla oczów.
— Znam ją nieco — odrzekł z trudem, przypominając sobie jej pytanie — mówiłem z nią parę razy, pamiętam, jak wygląda. To wszystko, co wiem o Miss Daisy.
— Dziwne, wymyślone imię.
— Nie znam jej nazwiska, tym imieniem wszyscy znajomi ją nazywają.