To ją głęboko zabolało, spoglądała na niego z niedowierzaniem i obawą, ale Karol unikał jej spojrzeń, rozmawiał z Morycem i z ojcem i wreszcie podniósł się do wyjścia.
Gdy ją całował w rękę na pożegnanie, szepnęła cicho:
— Pan się gniewa na mnie? — i patrzyła mu prosząco w oczy.
— Dobranoc pani. Chodźże Moryc. Czy Mateusz poszedł?
— Zaraz z wieczora wysłałem go do twojego mieszkania — powiedział pan Adam, bo Anka rozgniewana wyszła z jadalni na werendę.
— Walcz i zwyciężaj w Łodzi, jeśli ci w domu podstawia nogę mazgajowaty sentymentalizm — odezwał się na ulicy Karol.
Moryc szedł w milczeniu i bez humoru.
— To jest logika kobiet, że dzisiaj porwie ją dola wrony zdychającej, a jutro bez wahania poświęci rodzinę dla kaprysu chwilowego — mówił po chwili, mocno rozdrażniony.
Moryc znowu się nie odezwał.
— Kobiety lubią uszczęśliwiać ludzkość kosztem swoich obowiązków najbliższych.