— Słucham — szepnęła, nasłuchując szumu drzew w ogrodzie i głuchego łoskotu Müllerowskieh fabryk, czynnych i w nocy.
Czas się wlókł strasznie wolno.
Zegar bił godziny za godzinami, cisza potem rozlewała się tym głuchsza, w której tylko głos Józia coraz senniejszy rozlegał się słabo, aż i on skończył gazety i zabierał się do wyjścia.
— A ty Józiu, gdzie sypiasz? — zagadnął pan Adam.
— W kantorze starego pana Bauma.
— Cóż, nie lepiej mu?
— Pan Baum powiada, że nic mu nie jest, że jest zupełnie zdrowy. Pan Wysocki był dzisiaj, chciał go obejrzeć, to się tak rozgniewał, że go prawie za drzwi wyrzucił.
— Fabryka idzie jeszcze?
— Dziesięć tylko warsztatów czynnych. Dobranoc państwu.
Ukłonił się i wyszedł.