— Słucham cioci — szepnęła, siadając w niskim foteliku przy stole, na którym paliła się lampa w złotawej osłonie.
— Oto, moje dziecko, przyszłam cię zapytać, jako twoja krewna, czy wiesz, co mówią w Łodzi o tobie i o Karolu?
— Nie myślałam nawet, że mówić mogą — odpowiedziała cicho, podnosząc oczy.
— I nie domyślasz się?
— Zupełnie, nie mam pojęcia nawet, coby mogli mówić — odpowiedziała tak spokojnie, że Wysocka zatrzymała w sobie jakieś słowa, przeszła się kilka razy po pokoju, popatrzyła na nią i zawołała przyciszonym głosem:
— Mówią, że... że Karol chętnie ożeniłby się z Madą Müllerówną, gdyby... gdyby...
— Gdybym ja mu nie stała na przeszkodzie — podchwyciła mocno.
— Więc wiesz?
— Nie, ciocia mi to powiedziała przecież w tej chwili — szepnęła ciszej i zamilkła.
Przechyliła głowę w tył, na wysoką poręcz fotelu i patrzyła przed siebie tępym, przygaszonym wzrokiem; wiadomość nie wstrząsnęła nią do głębi i od razu, a rozlewała się po jej sercu gorącymi koliskami; przeżuwała ją jeszcze spokojnie, tylko jakieś bolesne drżenie przebiegało po niej, ale go tłumiła całą siłą woli.