— Krzyczą! jakby w fabryce Karola... Zobacz Anka.
Zobaczyła...
Zobaczyła z drugiego pokoju, że już cała fabryka w ogniu, że pożar jak burza srożył się nad wszystkimi pawilonami i rzygał ognistymi falami ku niebu...
— Nic... nic... ojcze... Wiatr tak szumi... ogromny wiatr... — wyszeptała z największym wysiłkiem.
Brakowało jej powietrza... dusiła ją rozpacz... bezradność... obawa... Czuła dobrze, że ten pożar zabiłby ojca...
— Co robić?... Czemu nie ma Karola?... a jeśli i dom zacznie się palić?...
Jak błyskawice palące przebiegały te myśli, hipnotyzowały ją strachem bezbrzeżnym i obezsilały do reszty.
Nie, nie mogła więcej czytać.
Chodziła po pokoju, zataczała się prawie, ustawiała hałaśliwie stolik do herbaty.
— To wiatr... Pamięta ojciec ten wiatr w Kurowie?... A ta nasza aleja topolowa, którą wicher wtedy wyrwał i połamał?... Boże!... tak się bałam wtedy... Jeszcze... dzisiaj... teraz... słyszę ten straszny szum... ten trzask... te jęki drzew łamanych... to okropne wycie... Boże... Boże... jakie to jest straszne...