— Muszę, bo stąd prosto jadę na ślub Moryca z panną Melą Grünszpan.
— Panna Mela wychodzi za Moryca?
— Bardzo dobrana para. Ona ma wielki posag i jest bardzo piękną i ma ojca, który już kilka plajt zrobił z powodzeniem, a Morycowi sprytu wystarczy nawet do zjedzenia własnego teścia.
— Ale mnie pan jeszcze odwiedzi? — prosiła Anka.
— Kiedy tylko pani pozwoli.
— A więc choćby codziennie, jeśli pan będzie mieć czas.
Maks ucałował jej rękę i wyszedł bardzo uradowany.
Potem, o zmroku, gdy przez okna zaczęły błyskać światła fabryk, przyszedł Borowiecki, usiadł cicho, bo w drugim pokoju grała na fortepianie Nina i dźwięki dziwnie słodkie rozlewały się jak szemranie strumienia.
Długo milczeli oboje, czasami tylko w półmroku krzyżowały się ich spojrzenia i cofały natychmiast lękliwie, dopiero gdy zapalono światła, zaczęli rozmawiać przyciszonym głosem, aby nie głuszyć muzyki.
Anka machinalnie okręcała na palcu zaręczynowy pierścionek.