Ksiądz miał twarz posmutniałą, wzdychał chwilami i z melancholią spoglądał w przestrzeń.
Widok księdza Liberata omroczył mu duszę smutkiem.
W ganku kurowskiego dworu zastali już Zajączkowskiego, który coś pilno opowiadał panu Adamowi.
— A, jest ten bisurmanin — szepnął ksiądz. — Jak się masz dobrodzieju, mój kochany! a co to, do kościoła nie chodzisz, o swoim proboszczu już zapomniałeś, he?
— Nie zaczynałbyś ksiądz na nowo, bom i tak zły — mruknął szlachcic niechętnie.
— A to ugryź psa w ogon. Widzisz go, będzie mi tu złością parskał jak kot.
— A Panie Jezu Chryste, jeżelim zaczynał bijże mnie — krzyknął, rozkładając ręce Zajączkowski.
— No cicho, cicho. Daj gęby dobrodzieju mój kochany.
— I chodźcie panowie, bo obiad na stole — zapraszała Anka.
— Nie mogłeś, dobrodzieju, zaczynać od tego, ale z księdza wieczna przekora.