— Jaka zmowa? co pan gadasz, to tylko obrona! Żeby to był kto inny, nie Borowiecki, toby się jego przydeptało nieznacznie i zdechłby prędko, ale pan wiesz, jak on podparł Bucholca, pan wiesz, co to jest za kolorysta! no i to pan wiesz, że w niego wierzą, że on ma stosunki, że on jest znany na rynkach.
— To wszystko prawda, ale jemu może pójść! — zakończył Moryc i wyszedł.
W kantorze poszedł za przepierzenie do Stacha.
— Panie Wilczek, stary Grünspan chce z panem pomówić choćby zaraz.
— Mógłbym panu powiedzieć, o czym chce mówić ze mną. Może mu pan powiedzieć, że mnie się nie spieszy ze sprzedaniem placu, bo zakładam gospodarstwo.
— Jak pan chce! — rzucił mu Moryc wychodząc.
— Zmowa! — myślał, idąc Piotrkowską.
Był tak zamyślony, że nie spostrzegł Zygmunta Grünspana, który kiwał na niego z powozu i przyzywał do siebie.
— Moryc, czy ty już nie poznajesz znajomych! — zawołał Zygmunt przystępując do niego.
— Jak się masz i do widzenia, bo czasu nie mam.