— Może jechać Moryc tylko, bo on się zna dobrze i to jego specjalność.
— Dobrze, pojadę. Co dacie gotówki zaraz?
— Ja mam piętnaście rubli, mogę dołożyć mój pierścień brylantowy, zastawisz go u ciotki, da ci więcej niż mnie — mówił ironicznie Maks.
— Mam wszystkiego przy sobie, zaraz... 400 rubli, mogę dać 300 zaraz.
— Kto twoje weksle będzie żyrował, Baum?
— Dam gotówkę.
— Ja jeśli na czas nie wyrwę gotówki, to dam weksle z dobrym żyrem.
Zaległa cisza. Maks położył głowę na stole i patrzył na Moryca, który szybko coś pisał i obliczał. Karol chodził wolno po pokoju i wąchał dla orzeźwienia jakieś perfumy w kosztownym flakoniku.
Dzień był już wielki i przez okna pozasłaniane gipiurowymi zasłonami wlewał białe, ostre światło poranku i mącił blask lampy i świec płonących w wielkich brązowych kandelabrach.
Cisza ogromna, cisza Łodzi w niedzielę, rozlewała się po mieście i przenikała do wnętrza mieszkania. Jakiś daleki turkot dorożki huczał niby grzmot po stwardniałym błocie i w pustej, jakby wymarłej ulicy.