— Na cóż mam ci pozwolić? — pytał ciekawie, ubierając się.

— Żebym ja mógł trochę porachować żebra tym Szwabom, co mnie tak uszlachciły.

— Takiś to mściwy?...

— Nie, nie mściwym, ale sponiewierania, ale swojej utoczonej krwi katolickiej — nie daruję.

— A rób co ci się podoba, byleby ci tylko lepiej jeszcze nie przefasonowali twarzy.

— Już ja im dam taki bejcz, co go im nikt nie spierze — szepnął mściwie i aż zaciął zęby od nagłej złości, jaka mu zalała serce.

Sine plamy i siniaki zrobiły mu się pąsowe od wzruszenia.

Karol ubrał się i poszedł budzić przyjaciół.

Nie było już nikogo.

— Mateusz, panowie dawno wyszli?