Pokazał mu jeszcze sypialnię i mały pokoik od tyłu. Wszystkie były również elegancko i z komfortem umeblowane, wszędzie znać było rękę człowieka znawcy i kochającego bardzo przyszłą swoją żonę.
Wrócili do saloniku, Karol usiadł i patrzył z uczuciem podziwu na niego.
— Znać, że pan kochasz głęboko — szepnął.
— Kocham, kocham bardzo! Żebyś pan wiedział, jak wciąż myślę o niej.
— A ona?
— Cicho!... nie mówmy o tym — przerwał prędko, zmieszany jego zapytaniem.
Zaczął strzepywać z krzesła jakiś pył nieistniejący, aby pokryć wzruszenie.
Karol zamilkł, palił papierosa i czuł, że go obejmuje senność; usadowił się wygodniej w fotelu, palił, przymykał oczy lub patrzył przez okno w sine niebo, na którym w dali rysowały się czarne sylwetki kominów fabrycznych.
Cisza ich ogarnęła senna.
Murray wycierał ręce, obciągał surdut, gładził całą dłonią swoje potężne, czysto wygolone szczęki i zapatrzył się w dywan, w te blade kwiatki margerytek, jakie zajmowały środkowe pole.