— Od narzeczonej! — wykrzyknęła Kama.
— Tylko od Moryca z Hamburga. Ładna narzeczona. Niech Kama będzie grzeczna, to wyswatam za Moryca.
— Żydziak, nie chcę, nie chcę — wołała, tupiąc nogami.
— No, to za Bauma.
Kamy już nie było w pokoju.
Zaczął się żegnać z pozostałymi
— Już przecież pana gwizdawki nie wołają.
— Pomimo to, dzisiaj mi pilniej niż kiedykolwiek.
— Prawda, pan dla nas nigdy nie ma czasu, już trzy niedziele z rzędu nie było pana wieczorem — lekki wyrzut brzmiał w jej głosie.
— Pani Stefanio, nie śmiem wierzyć nawet, że brak mój zauważono, nie jestem tak zarozumiałym, ale jestem pewny, że opuszczając te wieczory, straciłem daleko więcej niż pani, daleko więcej.