— I dlatego ten pośpiech?
— Grosglück telefonował do starego, prosząc na wszystko, aby, na złość Grünspanowi, nie pozwolić się spalić zięciowi.
— Dlaczego? Aha, chcą go zrujnować.
— To już trzeci ogień dzisiaj.
— Fabryki?
— A tak.
— Odbijają straty na bankructwach ostatnich.
— Niech ich pioruny spalą kajdaniarzy, psiakrew, oni zarabiają, a my jak psy z wywieszonymi ozorami ze zmęczenia latamy od pożaru do pożaru.
— Co pan chcesz, to im potrzebne do zamknięcia bilansu.
— Do widzenia! Uf, pęknę, jak Boga kocham! — wykrzyknął, siadając do oczekującej przed bramą dorożki i zaraz z miejsca ruszył galopem za wozami straży, które, pokryte błyszczącymi kaskami strażaków niby samowarami, widne już były w górze ulicy.