— Ciekawym kto patrzy z nas na młode, piękne kobiety inaczej?
— A nie wiem, bo ja to nie — odpowiedział niedbale.
— A mnie z takiego samego powodu odbierasz prawo sądzenia? — pytał podrażniony.
— A ty mi zabraniasz mówienia chociażby pozornych sprzeczności?
Zaczął się śmiać.
— W takim razie po cóż się bawimy pustymi słowami!
— O tym właśnie myślę od początku, a ty dopiero po czterdziestu minutach przyszedłeś do tego samego.
— Bądź zdrów! — rzekł zirytowany Karol i szedł ku drzwiom, ale mu Kurowski zastąpił drogę bardzo żywo.
— Nie dziwacz, jesteś zirytowany na ludzi, a chcesz się odbijać na mnie. Zostań. Chciałbym, żeby nikt więcej dzisiaj nie przyszedł — dokończył.
Karol został; usiadł w fotelu i tępym wzrokiem zapatrzył się w światło kilkunastu świec, pozapalanych w wielkich srebrnych kandelabrach, bo Kurowski nie cierpiał w mieszkaniu gazu, nafty i elektryczności.