Zapalił nie bez obrzydzenia.
— Fein145, co? — pytał, rozkraczając się na środku pokoju z rękami w kieszeniach.
— Doskonałe, ale to, które pan pali, ma inny jakiś zapach.
— Moje kosztują po pięć fenigów, ja bardzo dużo palę i przyzwyczaiłem się do nich — usprawiedliwiał się. — Chce pan obejrzeć mieszkanie.
— Z całą przyjemnością. Maks Baum dużo mi o nim opowiadał.
— Pan Maks jest pana wielkim przyjacielem — wtrąciła Mada.
— To mądry chłopak, ale jego ojciec to ma coś... w głowie. Zobacz pan dobrze, oglądaj pan wszystko, to nie żadna tandeta używana, to wszystko na obstalunek robione w Berlinie.
— Wszystko pan sprowadzał zza granicy?
— Wszystko, bo Hüberman powiedział, że tutaj u was nic nie dostanie porządnego.
Karol zamilkł i oglądał dość pobieżnie garnitury mebli, ciężkie portiery z jedwabiów i aksamitów, dywany, obrazy, a raczej wspaniałe ramy, bo na to zwracał uwagę Müller, kandelabry kosztowne a niesmaczne, piece pękate z niemieckiej majoliki, specjalne do jednego z damskich pokoików sprowadzone zwierciadła w ramach z saskiej porcelany.