— Wiesz, to jest genialne!
— Słyszysz pan, panie Cohn, co mówią za nami?
— Słyszę, słyszę. To jest grube łajdactwo, ale mądre, a, a, jakie mądre!
— Chcesz, żebym jechał do domu? — pytał Moryc.
— I to natychmiast, bardzo pilny interes.
— Nasz interes?
— Nasz, niesłychanie ważna rzecz, niesłychanie.
— Jak interes, to ja jestem prawie trzeźwy. Chodźmy.
Karol wyszedł, prowadząc pod ramię Moryca, który się chwiał na nogach i nie mógł utrzymać równowagi; a za nimi przez otwarte drzwi buchnął potok śpiewów i krzyków i rozlał się po cichym, ciemnym podwórzu i zginął w przestrzeniach, w nocy.
Świt się już rodził nad Łodzią, bo czarne kominy zaczęły majaczyć coraz jaśniejszymi barwami, dachy błyszczały w świetle tych bladych zórz, co niby róż najdelikatniejszy, zmieszany z perłami, roztrząsały swą światłość nad ziemią.