— Przyjdźcie do mnie Socha we wtorek o pierwszej godzinie. Robotę wam znajdę. Mateusz — krzyknął na lokaja — poszukaj im mieszkania i zaopiekuj się nimi. Mateusz krzywił się niechętnie i pogardliwie patrzył na nich.
— No, idźcie z Bogiem, a we wtorek przyjdźcie.
— Przyjdziewa, mów no matka.
Ale kobieta schyliła się do nóg Karolowi i obejmując je, prosiła:
— A tom po tej ostatniej kurze, co się nie spaliła, uzbierała mendel jajków, to niech to wielmożnemu panu będą na zdrowie, bo ze szczyrego serca dajem — i położyła mu u nóg węzełek.
— Prawda, niechta będą na zdrowie — i pochylił się także do nóg.
— No, dobrze, dziękuję wam, przyjdźcie we wtorek.
Zostawił ich i poszedł do drugiego pokoju.
— Co za kopalniani ludzie! przeżytki — mruczał, chodząc poruszony nieco, siadł i czytał list od narzeczonej.
Mój drogi panie Karolu!