— Pan nie wegetarianin? — pytał Hamerstein, wyciągając brodę spod serwety, w jaką był obwiązany.
— Nie, panie. Jestem zupełnym panem wszystkich swoich władz — odparł dość cierpko, bo mu się niesmaczną wydała ta figura, jakby rozlana, z wielkim brzuchem, z wielką twarzą, z olbrzymią łysą czaszką, świecącą jak rondel świeżo wyczyszczony.
Hamerstein poruszył się niecierpliwie, rzucił pogardliwe spojrzenie spod wypukłych, niebieskich okularów i rzekł sucho.
— Każda prawda bywa zawsze z początku wyśmiewaną.
— Pan ma dużo zwolenników w Łodzi?
— Siebie i moje psy, chore na parchy, bo im weterynarz nie kazał dawać mięsa — drwił Bucholc, który siedział przy stole, ale nie jadł nic, prócz kaszy owsianej z mlekiem.
— Co Łódź, co cała Polska, barbarzyństwo!
— Dlatego pan przyjechał. Dobre pole do apostolstwa.
— Ja napisałem książkę o wegetarianizmie pod tytułem: Naturalne pożywienie, mogę ją panu przysłać.
— Dziękuję, przeczytam z ciekawością, ale wątpię, czy pan zyska we mnie adepta.