— Ja się z tego wszystkiego rozchoruję jeszcze, mnie już serce boli, a tu ani chwili spokoju — szeptała Regina, wycierając sobie zapłakane oczy.
— I tak co rok jeździsz do Ostendy, będziesz teraz miała przynajmniej po co jeździć.
— Grosman, ty tak nie gadaj, to moje dziecko! — zawołał energicznie Grünspan.
— Tyś się ze mną nie witała, Mela — szepnął Moryc, siadając obok najmłodszej córki firmy Grünspan et Landsberger.
— Kłaniałam się wszystkim, nie widziałeś? — szepnęła, posuwając herbatę Zygmuntowi.
— Wolałbym, żebyś się ze mną osobno przywitała — mówił cicho, mieszając herbatę.
— Na cóż ci to? — podniosła na niego szaroniebieskie, smutne oczy i twarz bardzo ładną o niesłychanie regularnych rysach.
— Na co? bo ja bym bardzo chciał, żebyś zwracała na mnie uwagę; mnie zresztą robi wielką przyjemność patrzeć na ciebie i mówić z tobą, Mela.
Uśmiech przebiegł po jej wypukłych, bardzo ładnych ustach, podobnych w kolorze do bladych, sycylijskich korali, nie odezwała się jednak, rozlewając herbatę na spodek, który wziął ojciec i pił z niego, nie przestając chodzić po pokoju.
— Czy ja co śmiesznego powiedziałem? — pytał podchwyciwszy ten uśmiech.