— Sza, panie Trawiński, oni mają niebo, po co im dobre czasy.
— Grosman się podobno spalił.
— Bardzo porządnie, bardzo porządnie; dwieście pięćdziesiąt tysięcy asekuracji, jakby miał w kasie. Ale Goldstand, co się spalił w nocy, ma małe nieporozumienie z policją. Dobrze mu tak, jak kto nie umie robić dobrze interesów, to niechaj się do nich wcale nie bierze.
— Któż teraz na brzegu?
— Z grubszych A. Rychter i F. Fiszbin.
— Mówił mi to samo Borowiecki.
— Pan Borowiecki, ho, ho, ho! On zna Łódź, on wie, kto czego potrzebuje.
— No, ale i pan także zna Łódź dobrze.
— Ja? Ja ją mam całą w głowie. Ja od pięćdziesięciu lat patrzę na każdą firmę, co się zakładała. Ja mogę dzisiaj prawie na pewno powiedzieć o wszystkich co otwierają interesy, czy one będą żyć. Niech mi pan wierzy, panie Trawiński, moje słowo to nie jest ten wiatr, moje słowo to dokument, to weksel z najlepszym żyrem.
Trawiński nic nie odrzekł, szli obok siebie w milczeniu.