Z długiego przedsionka, wyłożonego czerwonym dywanem, na środku którego stał wielki klomb kwitnących rododendronów, prowadziły na pierwsze piętro szerokie schody, wyłożone również czerwonym dywanem i ubrane podwójnym rzędem obsypanych kwiatami azalii, które jak smugi śniegu odcinały się od ścian obitych adamaszkiem ciemnoczerwonym.
Elektryczność zalewała przedpokój i schody, skrząc się w ogromnych zwierciadłach przedpokoju.
Kilku lokajów czarno ubranych ze złotymi galonami na kołnierzach kurtek, rozdziewało wchodzących.
— Ale tu bardzo ładnie! — szepnęła Mela, idąc po schodach z Różą.
— Ładnie — odpowiedział pogardliwie Szaja i skubał niedbale kwiaty i rzucał je na dywan, depcząc skrzypiącymi butami.
Endelman wyszedł aż przed drzwi, witał ich z uniesieniem i ostentacyjnie wprowadził do salonu.
— Pan prezes jest bardzo łaskaw, pan prezes, co? — kończył zapytaniem, nadstawiając ucha, bo był głuchym nieco.
— Chciałem cię zobaczyć Endelman, no, jak się masz?
Poklepał go przyjacielsko po łopatkach.
— Bardzo dziękuję, ja się mam dobrze i moja żona też, co?