— Przyjmuję w czwartki, proszę przyjść trochę wcześniej!...
— Zobaczymy się jeszcze dzisiaj?
— Nie, bo ja zaraz wychodzę, opuściłam chore dziecko dla pana...
— Szkoda, że nie mogę wyrazić swojej wdzięczności tak, jak chciałbym! — zawołał z uśmiechem, ogarniając spojrzeniem jej gors wspaniały i szyję.
Zakryła się wachlarzem, skinęła mu głową i poszła, pokrywając uśmiechem pewne zakłopotanie.
— Panie Borowiecki, pani Trawińska o pana się dopomina! — zawołał Bernard. — Gdzież piękna dyrektorowa?
— Poszła siać oczami śmierć i zniszczenie — odrzekł.
— Nudna baba!
— Czy pan bywa na jej czwartkach?
— Cóż bym tam robił! Bywają tylko jej wielbiciele i kochankowie: przeszli, obecni i przyszli... Czekamy na pana!