Teraz gdy miał tak rozmiękczoną duszę melancholijnymi przypomnieniami Emmy i tak pełną przeróżnych drgań, Lucy była mu wyrzutem sumienia.
Gniewała go swoją ordynarnością i głupotą. Nie mógł się w niej teraz dopatrzeć ani jednej z tych zalet, jakie jeszcze wczoraj widział.
I na pewno, gdyby mógł mówić o niej w tej chwili, to by ją odsądził od wszystkiego, aby tym sposobem usprawiedliwić się przed sobą i uspokoić nieco roztrzęsione nerwy.
Nie namyślając się już poszedł do hotelu, do Kurowskiego, z którym się kilka tygodni nie widział.
— Pan Kurowski? — zapytał na pierwszym piętrze posługacza.
— Zaraz się dowiem, czy wstał.
Powrócił za chwilę, prosząc za sobą.
— Karol? — zapytał silny, dźwięczny głos z drugiego pokoju.
— Tak, śpisz jeszcze?
— Niezupełnie. Bądź łaskaw przejść do saloniku, za dwie minuty przyjdę.