Nie, nie mógł w to uwierzyć, siedział w milczeniu i chciał iść, lecieć do domu, ale się nie ruszył, nie podniósł nawet oczu na towarzyszów, bo się bał spotkać z ich wzrokiem, żeby mu nie wyczytali tajemnicy.
Ochłonąwszy nieco, najspokojniej ubrał się i wyszedł nie czekając na kolegów.
Pobiegł do rodziców, mieszkających w domach familijnych Kesslera.
Wielkie trzypiętrowe czworoboki, podobne do koszar, w których się gnieździło kilkaset osób, stały ciemne, ciche, tylko w jednym oknie błyskało światło. Dom spał zupełnie, bo nawet na korytarzach, którymi biegł Malinowski, było ciemno i pusto, a tylko jego kroki huczały po całym domu.
W mieszkaniu zastał matkę i młodszego brata, który siedział w kuchence i okręcony w chustkę, zatykając uszy rękami, kiwał się i monotonnym głosem wbijał sobie w pamięć jutrzejszą lekcję.
— Dawno ojciec poszedł do fabryki? — zapytał, szukając oczami Zośki w drugim pokoju.
Matka nie odezwała się, klęczała przed złocistym obrazem Częstochowskiej, który stał na komodzie w oświetleniu purpurowej lampki, modliła się półgłosem szybko przesuwając ziarna wielkiego różańca.
— A gdzie Zośka? — zapytał, znowu drżąc z niecierpliwości.
— „i błogosławiony owoc żywota Twojego Jezus. Amen!”
— Ojciec poszedł już dawno. Zośka jeszcze wczoraj pojechała do ciotki Olesi.