— Dobrze Kama widzi, bo jestem chory rzeczywiście.
— Ja wiem, wczoraj pan u nas nie był, bo poleciał pan na łobuzerkę.
— Graliśmy cały wieczór w domu.
— A nieprawda, był pan na bibce, bo ma pan oczy podsiniałe, o! — zaczęła paluszkiem wodzić mu pod oczami.
— Pewnie umrę, Kama, pewnie umrę — mówił, robiąc tragiczną minę.
— Tak nie trzeba mówić, ciociu, no, ja nie chcę! — zawołała, bo zamknął oczy, głowę przechylił na poręcz krzesła i udawał trupa.
Kama uderzyła go piórem po twarzy i udawała mocno rozgniewaną, bo połowa jej wichrowatych włosów opadła na czoło i zasłoniła oczy.
Horn po obiedzie siedział w milczeniu i umyślnie nie zwracał uwagi na jej minki, jakie stroiła do niego, udawał obojętnego, a w istocie był znudzonym i leniwie przypatrywał się szeregowi portretów familijnych, tym wielkim głowom szlachciców z XVIII wieku, które spod wygolonych czupryn zdawały się patrzeć surowo, groźnie prawie na setki dachów i kominów fabrycznych, roztaczających się za oknem, to na te znękane, blade, wycieńczone nadmierną pracą bezbarwne twarze prawnuczek, zajętych pracą ciężką na chleb powszedni.
— Czy mam prosić, aby pan raczył przemówić do nas słówko?
— Kiedy mi się nie chce mówić.