— Ja tobie zbiję ładny kawałek pyska, ja ci z niego czerwony barchan5 zrobię, jak mi nie będziesz składał wszystkiego porządnie.
— Morgen6! — krzyknął przebudzony wreszcie Maks.
— Nie wstajesz? Już po piątej.
Odpowiedź zagłuszyły świstawki, które się rozległy jakby tuż nad domem i ryczały przez kilkanaście sekund z taką siłą, aż szyby brzęczały w oknach.
Moryc, w bieliźnie tylko, z paltem na ramionach, usiadł przed piecem, w którym wesoło trzaskały szczapy smolne.
— Nie wychodzisz?
— Nie. Miałem jechać do Tomaszowa, bo Weis pisał do mnie, aby mu sprowadzić nowe gręple7, ale teraz nie pojadę. Zimno mi i nie chce mi się.
— Maks, także zostajesz w domu?
— Gdzie się będę spieszył? Do tej parszywej budy? A zresztą wczoraj się z fatrem8 pożarłem.
— Maks, ty źle skończysz przez to żarcie się ciągłe ze wszystkimi! — mruknął niechętnie i surowo Moryc, rozgrzebując pogrzebaczem ogień.