Rozczulił się, objął ją za głowę i pocałował w zarumienione czoło.
— Tylko tego nie mogłam zrobić, żeby sobie ksiądz nową sutannę kupił.
— A po co mi to! Cicho dziewczyno! Jasiek, a daj no ogieńka, bo fajeczka zgasła — zakrzyczał, zarumieniony jak panna i silnie stukał cybuchem w podłogę.
— Siedźcież sobie panowie, a ja idę do domu szykować obiad. Niechże ksiądz długo ich nie trzyma i jak najprędzej przyprowadzi.
Zaraz poszła.
Wilczek także się pożegnał i poleciał do domu, bo przyszedł po niego młodszy brat.
— To zuch chłopak — szepnął ksiądz po jego wyjściu.
— Doskonała łódzka kanalia.
— Za ostro, panie Karolu. Muszę się przecież ująć za moim wychowankiem. Ja go znam od dziecka. Twarda sztuka, nie da się zjeść w kaszy, dobrodzieju mój kochany. Wola jak stal, przebiegły, sprytny, ale poczciwy, bo swoją rodzinę kocha namiętnie.
— Co mu wcale nie przeszkadza drwić z niej.