— Bardzo niedobry? no, powiedz Anka, bardzo niedobry?
— Bardzo niedobry, bardzo niegodziwy i bardzo...
— I co bardzo? — pytał, przechylając jej głowę i całując w przymknięte oczy.
— I bardzo kochany — szepnęła, wysuwając mu się z objęć i weszła na ganek, przed którym stali Sochowie, ale tak zmienieni, że nie poznał ich na razie.
Socha zamiast białej kapoty miał czarny surdut, pokapany woskiem na połach, czarne za krótkie spodnie, wyciągnięte na cholewy, czapkę z daszkiem, gumowy kołnierzyk, który mu zjeżdżał na kark i odsłaniał brudną szyję.
Zapuścił brodę, która mu niby ostra szczecinowa szczotka pokrywała szczęki i łączyła się przy uszach z krótko obciętymi włosami, wysmarowanymi pomadą.
Z żółtej, pomiętej i zmizerowanej twarzy patrzyły dawne, niebieskie, poczciwe oczy.
Pochylił się również po dawnemu do kolan Karola.
— Ledwiem was poznał, wyglądacie jak fabrykant.
— I... ściarachał się ino człowiek między ciarachami i tyla.