Przedwieczór już był nad ziemią, rosa obfita okiścią pokrywała zboża i trawy i wielka cichość płynęła nad polami, szemrzącymi dziwnie przenikającym szelestem żytnich kiści, graniem świerszczyków i słodkim, szklanym brzęczeniem komarów, co całą chmurą kłębiły się nad głowami idących, a czasem przepiórki z głębi zielonych puszcz żytnich wołały: Pójdźcie żąć! Pójdźcie żąć! Albo jaskółka ze świergotem przeleciała w zygzakach, albo z owsów czarniawych nakropionych żółtymi ognichami, wyrwał się skowronek, bił prosto ku niebu, trzepał skrzydełkami i dzwonił pieśnią, lub pszczoły z brzękiem wracały do roboty.
— Dobrodzieju mój kochany, ale ten Karczmarek to dziwny człowiek.
— Jest takich w Łodzi więcej. Wie ksiądz, że on się nauczył czytać i pisać dopiero parę lat temu.
— Ale po co chamowi majątek, we łbie mu się przewróci i będzie myślał, że wszystkim jest równy.
— Albo nie jest równy? Mój Zajączkowski, mój dobrodzieju kochany, a czymże to lepsi jesteśmy od niego?
— Ksiądz niedługo każesz nam chamów całować po rękach.
— Jak tego będą warci, pierwszy to zrobię, dobrodzieju mój kochany, Jasiek, ognia.
Ale że Jaśka nie było, zapalił mu fajkę Maks, który do nich się przyłączył i słuchał nie słysząc, bo patrzył na Ankę idącą przodem z Karolem i łowił chciwie ich rozmowę, prowadzoną półgłosem.
— Nie zapomni pan o Wysockiej? — prosiła cicho.
— Jutro pójdę do niej. Czy ona naprawdę jest naszą kuzynką.