Maks zamilkł, był taki zły, że Ankę pocałował w obie ręce z dziesięć razy, pana Adama w oba policzki, a księdza w rękę, co tego ostatniego tak rozczuliło, że objął go za szyję, pocałował w głowę i przeżegnał go na drogę.
Ruszyli z miejsca kłusem.
Anka stanęła na kopcu i powiewała za nimi chustką.
Pan Adam śpiewał marsza.
Maks długo przypatrywał się jasnym konturom Anki i gdy zniknęły mu w oddaleniu, usiadł i gniewnie powiedział:
— Ty zawsze musisz mnie ośmieszyć.
— Aby cię otrzeźwić. Nie lubię jak się upijają moim winem i do tego w moim własnym domu.
Zamilkli obaj.
II
— Blumenfeld, graliście w niedzielę u Malinowskiego?