— Istotnie, zadziwiające — odpowiedział Blumenfeld, przypatrując się olbrzymim, sinawym uszom bankiera.
— Mnie przyszła myśl, żebyś pan dawał lekcje mojej Mery. Ona dobrze gra i to nie będą lekcje, bo pan usiądzie sobie przy niej i będzie tylko patrzeć, żeby się nie omyliła. Co pan bierzesz za godzinę?
— Daję teraz lekcje u Müllerów, płaci mi trzy ruble.
— Trzy ruble! Ale pan chodzisz na koniec miasta, siedzisz pan w chałupie, no i rozmawiasz pan z Müllerem, a to cham; co to za przyjemność mieć do czynenia z takimi ludźmi. A u mnie pan będziesz siedział w pałacu.
— I tam w pałacu także — szepnął od niechcenia Blumenfeld.
— Mniejsza z tym, zgodzimy się, bo jak Bóg Kubie, tak Kuba Bogu — zakończył.
— Kiedy mam przyjść?
— Przyjdź pan dzisiaj po południu.
— Dobrze, panie prezesie.
— Poproś pan do mnie Szteimana.