Borowiecki korzystając z tego, również chciał wyjść.
— Zrobi pan to, o co prosiłam — zaczęła, ściskając mu silnie rękę.
— Muszę się pierwej rozpatrzyć w sytuacji, bo może nie ma takiego niebezpieczeństwa, jakie pani przewiduje.
— Dałby Bóg, żeby to były tylko przywidzenia. Kiedy pana zobaczę?
— Anka przyjeżdża za dwa tygodnie, to natychmiast ją przyprowadzę pani.
— Ale może w niedzielę będzie pan u Trawińskich? To jej imieniny.
— Będę z pewnością.
Szła przed nim, aby go wyprowadzić, ale otworzywszy drzwi do poczekalni syna, cofnęła się spiesznie i zadzwoniła gwałtownie na służącą.
— Marysiu, pootwieraj okna, niech trochę wywietrzeje. Wyprowadzę pana innym wyjściem.
I przeprowadziła go przez kilka pokoi przyciemnionych opuszczonymi storami, zapełnionych meblami o staroświeckich kształtach, obwieszonych portretami i obrazami historycznej treści, pełnych wypłowiałych i podartych makat na ścianach, melancholii i klasztornego prawie nastroju.