— Precz mi! — krzyknęła ostro raz jeszcze matka.
Wtedy Zośka przystanęła na mgnienie na środku pokoju i rzuciła się z obłąkanym krzykiem w korytarz, aż sąsiedzi zaczęli drzwi otwierać i wychylać głowy, przebiegła cały dom familijny, zbiegła na dół, na podwórze i wcisnęła się w ciemny kąt pod akacje kwitnące i zemdlała z dzikiego, zwierzęcego strachu.
Adam wybiegł za nią, a przywróciwszy do przytomności, szepnął miękkim, braterskim głosem.
— Zośka, chodź do mnie! Ja cię nie opuszczę.
Nic nie odpowiedziała, tylko chciała mu się wyrwać z rąk i uciekać w świat.
Z trudem ją uspokoił, okręcił w jakąś chustkę, którą przyniósł z domu, bo dziewczyna cała była w strzępach, ujął mocno pod rękę i poprowadził do dorożki.
Horn, który czekał w bramie, przyłączył się do nich.
— Tak się stało, że Zośka chwilowo będzie mieszkać u mnie, nie moglibyście sobie poszukać mieszkania na kilka dni.
— Dobrze. Pójdę do Wilczka, on ma duże mieszkanie.
Jechali w milczeniu, tylko przejeżdżając obok pałacu Kesslera, Zośka przycisnęła się silniej do brata i zaczęła cicho płakać.