— Ani mi się waż! — zawarczał stary, podnosząc czarne, olbrzymie pięście, jakby do uderzenia. — Gdzie ona teraz?
— Matka ją wypędziła z domu.
Syknął przez zaciśnięte zęby i bure oczy zapadły mu głęboko pod brwi krzaczaste i rzucały tylko cień groźny na twarz szarą i suchą.
Zgarbił się i obchodził powoli to koło, które śpiewało rykiem szalony hymn siły uwięzionej, targającej się z wściekłością pomiędzy trzęsącymi się murami.
Przez małe zakurzone okienka budynku lał się srebrny księżycowy kurz, w którym niby sine widmo, tańczyło z krzykiem bydlę olbrzymie.
Adam nie mogąc się doczekać więcej słów od ojca, powstał i zmierzał do wyjścia.
Stary wysunął się za nim i już za progiem szepnął:
— Zajmij się tą... przecież to nasza krew...
— Wziąłem ją do siebie.
Pochwycił go i żelaznymi ramionami przycisnął do serca.