— Takie słowo, takie niedobre słowo pan powiedział — jęczała Żydówka.
Wilczek usiadł na ławce pod oknem i zaczął przeliczać pieniądze, jakie mu drugie kobiety oddawały.
Po rublu, po dwa, najwyżej po pięć, kładły przed nim miedziakami, po dziesiątce, wyciąganej z węzłów i skrytek.
Liczył uważnie i co chwila wyrzucał jakąś sztukę.
— Gitla, ta dziesiątka na nic, dawać inną!
— Na moje suminie, to dobry piniądz. Ja ją mam od jednej obywatelki, co una zawsze kupuje ode mnie pomarańcz! Nu, dlaczego ma być niedobry! un się świeci! — wołała, śliniąc dziesiątkę i wycierając ją fartuchem.
— Dawać prędko inną, bo nie mam czasu!
— Panie Wilczek, pan jest szlachetna osoba, pan mi pożyczy... — prosiła Wassermanowa.
— Pani Stein brakuje 15 kopiejek! — zawołał, zwracając się do małej, starej Żydówki z trzęsącą się głową, ubraną w zatłuszczony czepek.
— Brakuje! to nie może być! tam jest całe pięć rubli, ja dobrze liczyłam.